Fragment książki - DZIECI WSZECHŚWIATA Autor - HOIMAR VON DITFURTH
Tu można przeczytać całą książkę...
Magnetyczny biegun północny Ziemi nie zawsze byt biegunem północnym. W ostatnich
76 milionach lat ziemskie pole magnetyczne przebiegunowało się co najmniej 170
razy. W określonych miejscach dna morskiego, w których od milionów lat stale
wylewa się lawa, można odczytać ową nieustanną zmianą biegunów jak na
kalendarzu.
HOIMAR VON DITFURTH
Przesłuchaj poniższy fragment:
"...według wszelkich reguł prawdopodobieństwa – większość mutacji musiałaby
być niekorzystna albo nawet śmiertelna, przez co dla gatunku musiałby
zdecydowanie przeważać element ryzyka i uszczerbku, a nigdy szansa dalszego
rozwoju. Ale przyroda poradziła sobie i z tym problemem. W tym wypadku
rozwiązanie brzmi "seksualizm". I na to zjawisko, tę szczególną postać stosunku
pomiędzy dwiema żyjącymi istotami tego samego gatunku, patrzymy zawsze pod tak
wyłącznie subiektywnym kątem widzenia, a mianowicie stosunku pomiędzy
konkretnymi indywiduami, że mało kto zdaje sobie jasno sprawę z biologicznej
przyczyny, dla której już na bardzo wczesnym etapie ewolucji doszło do tego
szczególnego stosunku, który określamy jako "seksualny."
Była już przedtem mowa o izotopie węgla 14C, owym wariancie normalnego węgla,
który przy całkowicie identycznych pozostałych właściwościach tym się od niego
różni, że jest radioaktywny, to znaczy, że emanuje promienie, a przy tym rozpada
się w ciągu ściśle ustalonego okresu. Do tej pory zajmowaliśmy się tylko
możliwością wykorzystania niezwykłe precyzyjnej regularności tego rozpadu do
oceny wieku tkanek zawierających węgiel, jak na przykład paleolitycznych
znalezisk kostnych czy też pozostałości węgla drzewnego. Obecnie czas już
zastanowić się, skąd wywodzi się ten radioaktywny wariant zwykłego węgla.
Jednocześnie powstaje zaraz pytanie, jaki to mechanizm bieżąco go uzupełnia. Bo
jeżeli udział jego w powietrzu, którym oddychamy, jest zawsze taki sam, mimo że
stale następuje jego rozpad z uprzednio już opisywaną regularnością, to
naturalnie musi istnieć jakieś źródło stałej dostawy zastępującej wywołany
promieniowaniem ubytek.
Wszystkie te pytania dzisiaj już są wyjaśnione. Izotop węgla 14C pochodzi z
najwyższych warstw stratosfery. Także tajemnica jego powstawania i uzupełniania
na bieżąco została odkryta: 14C powstaje z azotu zawartego w powietrzu, a to pod
wpływem działania promieni kosmicznych i wiatru słonecznego. Na wysokości 100 i
więcej kilometrów nad powierzchnią Ziemi, tam gdzie owa część wiatru
słonecznego, która prześliznęła się przez mur pasów promieniowania, uderza w
atmosferę ziemską i przez nią jest przechwytywana – poszczególne atomy azotu pod
impetem zderzenia z cząstkami pochodzącymi od Słońca, zamieniają się w
radioaktywny izotop 14C. I aczkolwiek – jak widzieliśmy – spośród samych cząstek
słonecznych tylko bardzo nieliczne mają szansę przedarcia się przez gęstą
atmosferyczną poduszkę powietrzną aż do naszej przestrzeni życiowej, to ów
"wtórny" produkt trafienia 14C rozprzestrzenia się w całej atmosferze tak
równomiernie, że jest pobierany przez wszystkie rośliny, a następnie na drodze
łańcucha pokarmowego dociera do wszelkich organizmów zwierzęcych, a więc i do
naszych, ludzkich, organizmów.
Dla porównania: sytuacja jest taka sama, jak gdyby ktoś chciał się przeciwko
ostrzeliwaniu skryć za płytą przeciwpancerną, która jest wprawdzie dość gruba,
aby zatrzymać nadlatujące kule, ale z której pod naporem uderzających strzałów
stale odpadają odłamki przelatujące również po okolicy i mogące trafić kryjącego
się. Produkt trafienia 14C rzeczywiście nieustannie w nas "trafia". Wchłaniamy
go jak wszystkie inne istoty żyjące z taką regularnością i przechowujemy w
naszych tkankach w tak stałym odsetku, że możemy się nim w opisany już uprzednio
sposób posłużyć jako licznikiem paleontologicznego zegara pozwalającego nam
wymierzać dawne, przeszłe czasy.
Na czym polega działanie trafiania, jaki wpływ wywiera pochodzący pośrednio od
Słońca "wtórny pocisk" 14C na nasze ciało?
Mimo wszystkich dyskusji na temat pokojowego wykorzystania energii atomowej i
jej wielce obiecujących możliwości my, współcześni, odbieramy wszystko, co
związane jest z rozpadem jądra atomowego i radioaktywnością prawie wyłącznie z
jednostronnie negatywnego punktu widzenia. W naszej świadomości strach przed
naturalną siłą atomu oddaną nam do dyspozycji przez technikę jest tak przemożny,
że trudno się temu .dziwić. Stąd wielu będzie zaskoczonych, gdy się dowie, że
"oddziaływanie trafiania" bieżąco wchłanianego przez nas 14C należy uznać za
podstawowy, wprost niezbędny czynnik biologiczny nie tylko dla nas samych, lecz
dla wszystkich wyższych form życia. Bez tego małego udziału 14C, jaki atmosfera
ziemska zawiera niezależnie od innych izotopów, według wszelkiego
prawdopodobieństwa nie byłoby nas. To samo dotyczy wszystkich zwierząt wyższych,
a nawet i roślin. Ale sprawa nie tak się ma, że jako jednostki jesteśmy zdani na
ów izotop, że na przykład nasza przemiana materii czy też inne życiowo ważne
funkcje nie mogłyby się obejść bez tego składnika. Przeciwnie, każdy z nas,
każda roślina i każde zwierzę mogłoby znakomicie przeżyć w tej formie, w której
obecnie egzystują, także i w innym otoczeniu, na przykład pozaziemskiego ciała
niebieskiego, wolnym od tego i innych źródeł promieniowania.
Znaczenie 14C oraz innych pierwiastków radioaktywnych występujących w jeszcze
mniejszych ilościach w atmosferze, a także w skorupie ziemskiej, polega na
zupełnie czymś innym. Mianowicie wytwarzane przez te wszystkie źródła
"promieniowanie tła", stanowiące jedną z niezmiennych i charakterystycznych cech
naszego ziemskiego otoczenia" najprawdopodobniej działa niby pedał gazu
regulujący tempo przebiegu filogenezy – szybkość, z jaką w ciągu dziejów życia
na Ziemi zachodzą zmiany gatunków i powstawanie nowych. Bez tego promieniowania
moglibyśmy wprawdzie dzisiaj żyć. Ale bez niego prawdopodobnie wcale by nas nie
było, gdyż motor ewolucji nie byłby wcale ruszył, a życie na Ziemi może do tej
pory, w 3 miliardy lat po jego 'rozpoczęciu, ograniczałoby się do wegetatywnej,
bezświadomej egzystencji prymitywnych jednokomórkowców, dryfujących biernie w
wodach oceanu światowego.
Aby zrozumieć, dlaczego tak jest, musimy teraz krótko zapoznać się z kilkoma
najważniejszymi zasadami ewolucji, czyli filogenezy. Tylko wówczas potrafimy
ocenić, jak ogromne, chociaż jeszcze przed niewielu laty całkowicie nieznane
znaczenie dla przebiegu tej ewolucji, a co za tym idzie, dla historii wszelkiego
życia na Ziemi, musiało mieć powtarzające się przebiegunowanie ziemskiego pola
magnetycznego.
Życie z punktu widzenia statystycznego jest stanem bardziej nieprawdopodobnym
aniżeli wszystko, co nie żyje, i to w stopniu wręcz astronomicznie
zwielokrotnionym. Wystarczy pomyśleć o różnorodności i skomplikowaniu wszystkich
procesów niezbędnych tylko do tego, aby podtrzymać życie jednej jedynej,
najbardziej "prymitywnej" komórki. Nie ulega przy tym żadnej wątpliwości, że
dotychczas nie odkryliśmy jeszcze" wcale większości tych funkcji, a spośród
tych, które już znamy, ani jednej naprawdę nie objęliśmy w pełni ani nie
zrozumieli. Gdy rozważymy niewiarygodny wprost nakład potrzebny do utrzymania
co' najmniej przejściowo żyjącego organizmu w owym stanie zwanym "życiem", zanim
substancja, z której się składa, nieuchronnie znowu powróci do stanu materii
nieożywionej – musimy sobie ze zdumieniem zadać pytanie o przyczyny, które
doprowadziły do tego, że życie mogło w ogóle powstać.
Na to pytanie odpowiedzi nie ma, w każdym razie dla nas w dobie obecnej. Dla
wielu ludzi taka sytuacja stwarza pokusę przyjęcia za przyczynę – "cudu", co ma
oznaczać, że ten stan faktyczny z zasady nie da się wytłumaczyć naukowo i
znajduje się poza sferą zdolności pojmowania ludzkiego rozumu. W odróżnieniu od
innych, poniekąd "normalnych", przez nauki przyrodnicze rozumianych faktów czy
też procesów – w odniesieniu do takiego "cudu" sugeruje się ingerencję instancji
"nadprzyrodzonej" (w jakiejkolwiek postaci), przezwyciężającej prawa natury.
Wobec opisanej sytuacji rzeczywiście pokusa wyciągania takich wniosków jest
ogromna. Niemniej powinniśmy się wystrzegać ulegania jej, chociażby dlatego, że
wyprowadzanie pojęcia o cudzie z naszej każdorazowej zdolności rozumienia
jakiegoś stanu faktycznego – jest nie tylko powierzchowne i tanie, ale świadczy
o grubym niedbalstwie. Kilkusetletnia historia smutnych i niepotrzebnych sporów
pomiędzy Kościołem chrześcijańskim a nauką Zachodu składa się z długiego
łańcucha porażek, których można było uniknąć, a które teolodzy sami na siebie
ściągali przez zbyt długą i zupełnie niepotrzebną zawziętość, z jaką upierali
się przy takim właśnie powiązaniu. Jeżeli wszystko, czego jeszcze nie rozumiem,
będę w takim sensie określał mianem "cudu" i w ten sposób odróżniał od innych
stanów faktycznych, które uznani za "zrozumiałe", biorę na siebie nieuchronne
ryzyko konieczności rezygnowania z moich "cudów", jednego za drugim, w miarę
postępu naukowego poznania.
Szukanie cudu tam, gdzie się świata nie pojmuje, jest niedbalstwem nie tylko z
tej stosunkowo powierzchownej i w pewnym stopniu "taktycznej" przyczyny. Jest to
szukanie łatwizny i wygody. Alternatywa "zrozumiałe" albo "cudowne" jest
wprawdzie bardzo rozpowszechniona, ale z wielu względów nie do przyjęcia dla
każdego, kto nie chce posługiwać się nią bezkrytycznie. Najważniejszy powód
polega chyba na tym, że ten rodzaj zwyczajowego podziału kryje w sobie znaczne
przecenianie ludzkiego rozumu. Właściwie dlaczego coś ma przestać być podziwu
godne i cudowne w chwili, w której je pojąłem? Na pewno tak nie jest niezależnie
od tego, że nauka za każdym problemem, który rozwiązuje, odkrywa cały wachlarz
nowych pytań, oraz tego, że świat jako całość z pewnością i w stopniu dla nas
niewyobrażalnym przekracza wydolność naszego rozumu.
Ale powróćmy teraz do olbrzymiej, złożoności "najprymitywniejszego" nawet
procesu życia. Kto uświadomi sobie ogromną rozrzutność uprawianą przez przyrodę
dla przejściowego utrzymania przy życiu najskromniejszego z jej stworzeń, ten od
razu ujrzy także niebywałą uporczywość, z jaką natura w ciągu całej filogenezy
trzyma się wszelkiego raz już osiągniętego postępu, każdego detalu, który
sprawdził się w planie struktury jakiejkolwiek żyjącej istoty.
Każdy, kto w czasie przeziębienia pije gorący sok cytrynowy dla podniesienia
swojej odporności przez zawartą w cytrynie witaminę C – korzysta ze skutków tej
uporczywości przyrody. Skąd właściwie substancja produkowana przez roślinę może
być dla nas pożyteczna? Drzewo cytrynowe na pewno nie syntetyzuje witaminy C dla
naszej korzyści, lecz na własne potrzeby. Jak więc można wytłumaczyć, że ów
płyn, niezbędny nam do życia, a którego ciało nasze nie jest w stanie wytworzyć,
znajdujemy w owocach drzewa cytrynowego w postaci znakomicie do nas
dostosowanej? Witamina nie jest pożywieniem, nie jest po prostu rodzajem
"paliwa" do przemiany materii, lecz drobiną o bardzo skomplikowanej budowie,
której specyficzna forma pasuje do określonej części żyjącej komórki tak
dokładnie jak klucz do zamku; wyzwala ona przez to równie określone życiowo
ważne funkcje, które bez witaminy (w przypadku "niedoboru witamin") nie mogłyby
w ogóle przebiegać.
Skąd w cytrynie bierze się "klucz" dostosowany do komórek naszego ciała? Fakt,
że występuje on w tej i wielu innych roślinach stanowi jeden z niezliczonych
dowodów na to, że całe życie ziemskie wywodzi się ze wspólnego korzenia, że
wszystkie istniejące dzisiaj organizmy są z sobą spokrewnione. Jesteśmy
rzeczywiście – co prawda w bardzo dalekim stopniu – spokrewnieni także z drzewem
cytrynowym. Skoro tylko przyroda raz "wynalazła" ów "klucz", który nazywamy
witaminą C, uporczywie trwała przy tym udanym nowym produkcie. A że wynalazek
ten najwidoczniej został dokonany już bardzo wcześnie, klucz pasuje obecnie do
bardzo wielu różnych istot żyjących, o których pierwotnym pokrewieństwie zwykle
nikt już nie pamięta.
Ową "uporczywość", ten konserwatyzm przyrody nazywamy powszechnie inaczej,
określając go terminem "dziedziczności". Dziedziczność jest zasadą biologiczną,
sprawiającą, że cechy określonego typu istot żyjących utrzymują się w stanie
niezmienionym w długim szeregu następujących po sobie pokoleń. Jeżeli dziecko
jest podobne do ojca, jest to także wyraz tej uporczywości, przykład trwania
przy wszystkim, co raz zostało zrealizowane, dzięki czemu – mówiąc krańcowo –
przyroda nie jest zmuszana do "wynajdywania" od nowa w każdym następnym
pokoleniu wszystkich narządów i funkcji niezbędnych do utrzymania zdolności
życia.
Dziecko podobne jest jednak nie tylko do swego ojca, lecz także do matki. A
trochę również do dziadków. Z biegiem czasu rodzina odkrywa, jak wiadomo – i
słusznie zresztą – w twarzy tego samego dziecka jeszcze rysy wielu innych
krewnych. Ale jest to ostatecznie jego własna twarz, a więc mimo wszelkich
podobieństw jednak coś zupełnie nowego, indywidualna fizjonomia, jakiej nigdy
jeszcze dotąd nie było.
W tym codziennym zjawisku ukazuje się nam drugi problem, jaki przyroda w tym
powiązaniu musiała rozstrzygnąć, jeżeli dojść miało do ewolucji, do filogenezy
wytwarzającej stale nowe gatunki i coraz wyżej zorganizowane istoty żyjące. Samo
tylko zachowanie, konserwacja raz dokonanych wynalazków – nie byłoby
wystarczyło. Tendencja absolutnie konserwatywna, stuprocentowo niezawodne
powtarzanie dokładnego wzorca przy każdym procesie rozmnażania, a więc
identyczność następujących po sobie pokoleń, wykluczałyby z góry możliwość
dalszego rozwoju. Gdyby dziedzictwo rzeczywiście było zawsze spełniało w sposób
doskonały powierzone mu zadanie zachowania tego, co zostało osiągnięte – życie
na tej Ziemi nigdy nie mogłoby mieć swojej "historii". W zasadzie istniałoby
wówczas po wsze czasy tylko stałe, tępe powtarzanie jednego prymitywnego
organizmu, który kiedyś w zamierzchłych praczasach nabył zdolność powoływania do
życia podobnej do siebie istoty żyjącej, zdolność do "reprodukowania" się [na
marginesie należy zauważyć, że Jest to czysto teoretyczne rozważanie także
dlatego, że każdy organizm w celu przeżycia zdany jest na stałe oddziaływanie
swego środowiska i wzajemnie – oddziaływanie, na swoje środowisko, do którego
należy także mnóstwo istot żyjących Innych gatunków; przyp. aut].
Jeżeli więc dojść miało do ewolucji, przyroda – mówiąc inaczej – miała przed
sobą zadanie przezwyciężenia jakoś rozbieżności pomiędzy sprzecznymi z sobą
wymaganiami zachowania swoich osiągnięć i otwarcia się dla nowych możliwości.
Przedziwna jest myśl, że dylemat między tradycją a postępem powstał już tutaj i
na tym poziomie. Całkowita niezmienność wszystkich istot żywych byłaby
wykluczyła bieg wszelkich zmian, nadmierna swoboda zmian zagrażałaby uzyskanym
już wynikom. Do najbardziej podziwu godnych osiągnięć Karola Darwina należy
fakt, że on pierwszy dostrzegł wyraźnie ów problem ukryty za sprawami filogenezy
i że w czasach, gdy nikt jeszcze nic nie wiedział o chromosomach czy genach, on
wpadł także na rozwiązanie rzeczywiście znalezione przez przyrodę, mianowicie na
hipotezę spontanicznie występujących nie ukierunkowanych zmian podłoża
dziedzicznego.
Dzisiaj nazywamy owe zmiany konstytucji dziedzicznej "mutacjami", a od kilku lat
wiemy nawet, na czym polegają. W jądrach wszystkich komórek każdego żyjącego
organizmu zawarte są geny, nosiciele wszystkich zawiązków dziedzicznych, którymi
dany organizm dysponuje. Zestaw cząsteczek, z których składają się geny, w
każdym przypadku określa konkretnie występujące tu cechy. Skomplikowany
mechanizm podziału komórki, o którym wszyscy uczyliśmy się kiedyś w szkole,
gwarantuje, że także części komórki zawierające geny ulegają podobnie podziałowi
i oddzielają się od siebie, że przy każdym procesie rozmnażania każda nowo
powstająca komórka otrzymuje dokładnie ten sam garnitur genów. Ten proces
podziału komórki jest – jak wiadomo – widoczną, cielesną podstawą zjawiska
dziedziczenia, które przez okres tysięcy lat osłonięte było tajemnicą. Przebieg
tego procesu tłumaczy nam i całkowicie wyjaśnia, w jaki sposób przyroda
rozwiązała pierwszy z obu wymienionych problemów, to jest zadanie utrzymania w
następujących pokoleniach raz osiągniętego stanu rozwoju.
Wyjaśniona jest dzisiaj także zasada, według której rozwiązany został pod
względem biologicznym drugi, przeciwstawny problem, zasada, którą Karol Darwin
genialną intuicją 'Całkowicie trafnie przeczuł. W znikomym procencie wypadków,
przy skomplikowanym procesie podziału komórki dochodzi do drobnych błędów
występujących zupełnie przypadkowo. Bądź jedna z cząsteczek magazynujących
zawiązki dziedziczne wyjątkowo nie dzieli się tak całkiem dokładnie, bądź też
zgarnia przy następującym po podziale kompletowaniu swojej drugiej połowy "przez
pomyłkę" niewłaściwy kamyk budulcowy albo też właściwy w zasadzie element
struktury dostaje się na niewłaściwe miejsce w cząsteczce – możliwości tego
rodzaju jest bardzo wiele. W wyniku tego powstaje wówczas gen nie całkiem
identyczny z odpowiednim genem komórki, z której podziału powstał. Utworzył się
więc gen nadający swemu posiadaczowi w jakimś bard2o. drobnym maleńkim punkcie
inną, nową cechę dziedziczną. Taka zmiana genu nazywa się "mutacją".
Mutacje są jak gdyby motorem ewolucji, pojawienie się ich stwarza jedyną dla
życia szansę przemienienia się z biegiem czasu. Tylko owe całkowicie
przypadkowe, samowolnie występujące skokowe zmiany cech dziedzicznych otwierają
przed 'gatunkami zwierząt czy roślin możliwość stopniowego dostosowywania się do
klimatycznych zmian środowiska bądź też udoskonalenia pod jakimkolwiek innym
względem prawdopodobieństwa swojej szansy przeżycia.
Fakt, że udoskonalenie adaptacji czy też zdolności życiowych organizmu może być
rezultatem przypadkowych i nie ukierunkowanych mutacji – jest jeszcze po dziś
dzień odrzucany przez wielu ludzi. Nie przez świat naukowców. Ci dawno już są
przekonani nie tylko, że mutacje zachodzą, ale że to właśnie tylko owe
rozgrywające się na poziomie molekularnym skoki dziedziczne stwarzają dla
gatunku czy też rasy możliwości zmiany, dostosowania się, wówczas gdy wymagają
tego warunki środowiska. Krótko mówiąc, mutacje są więc przyczyną
"plastyczności" cechującej w większym lub mniejszym stopniu wszystkie gatunki
istot żyjących w toku ich historii. Niektórzy czym prędzej będą tutaj wysuwać
"argument", że jest nie do pomyślenia, aby. powstanie tak kompleksowej struktury
uporządkowanej, jaką jest istota żyjąca, mogło nastąpić przez proces tak czysto
przypadkowy jak mutacja. Zarzut ten, aczkolwiek brzmi może nawet przekonywająco
– jest błędny. Trudno w tym miejscu przedyskutować go w całej rozciągłości i
obalać.- Muszę ograniczyć się tylko do kilku punktów widzenia, które się stale
pomija, a które dlatego musimy wyciągnąć na światło dzienne, że okażą się ważne
w powiązaniu z naszym zasadniczym wywodem.
Istotnie same mutacje nie stanowią o postępie rozwoju jakiegoś gatunku. Ale są
one absolutnie niezbędne jako "tworzywo" tego rozwoju. Porządek zaś do rozwoju
wprowadzany jest przez to, że środowisko spośród obfitości mutacji
prezentowanych mu przez jakiś gatunek do wypróbowania – dokonuje doboru.
Tymczasem środowisko jest zawsze w jakiś sposób uporządkowane. Występują w nim
nie tylko określone spadki temperatur czy też stale powtarzające się rytmy, jak
rytm dni i nocy, lecz także inne żyjące istoty zachowujące się z pełną
świadomością celu, a tym samym w bardzo znacznym stopniu w sposób uporządkowany,
czy to jako ofiara, partner bądź prześladowca. Zatem to, czy pewna określona
kombinacja nowo pojawiających się mutacji u osobnika ostatecznie wejdzie w skład
genów danego gatunku, czy też nie, zależy wyłącznie od tego, czy wyposażona w
ten nowy zestaw właściwości istota będzie mogła w swoim konkretnym środowisku
przetrwać i doprowadzić do wyprodukowania i wychowania potomstwa, któremu
przekaże ów nowo nabyty majątek. To właśnie należy rozumieć pod pojęciem
"selekcji", czyli "doboru", którego środowisko dokonuje spośród mutacji wciąż od
nowa pojawiających się w danym gatunku. Wyrażając to samo inaczej: do porządku
może w tym wypadku dojść "przez przypadek", ponieważ spośród wszystkich mutacji
powstałych pod wpływem środowiska utrzymują się przy życiu tylko takie, które
przypadkowo są uporządkowane.
W sprawie tego bardzo ważnego aspektu ewolucji można by więc powiedzieć, że
powierzchnia ziemska nie jest po prostu bierną sceną rozgrywającej się na niej
historii życia, lecz uczestniczącym w tej grze partnerem w postaci środowiska.
Pomiędzy Ziemią a rozgrywającym się na niej życiem zachodzi stosunek dialogu.
W tym miejscu krytyk wysuwa kolejny zarzut, że liczba mutacji absolutnie nie
może być wystarczająco wielka, aby dostatecznie często w sposób czysto
przypadkowy pozwalać powstać cechom, które okazują się sensowne i celowe. W
każdym razie – według wszelkich reguł prawdopodobieństwa – większość mutacji
musiałaby być niekorzystna albo nawet śmiertelna, przez co dla gatunku musiałby
zdecydowanie przeważać element ryzyka i uszczerbku, a nigdy szansa dalszego
rozwoju.
Ale przyroda poradziła sobie i z tym problemem. W tym wypadku rozwiązanie brzmi
"seksualizm". I na to zjawisko, tę szczególną postać stosunku pomiędzy dwiema
żyjącymi istotami tego samego gatunku, patrzymy zawsze pod tak wyłącznie
subiektywnym kątem widzenia, a mianowicie stosunku pomiędzy konkretnymi
indywiduami, że mało kto zdaje sobie jasno sprawę z biologicznej przyczyny, dla
której już na bardzo wczesnym etapie ewolucji doszło do tego szczególnego
stosunku, który określamy jako "seksualny." Jest to o tyle wybaczalne, że do
niedawna naukowcy także nie byli pod tym względem lepsi. Znowu przed sobą mamy
przykład ukazujący nam niezwykle dobitnie właściwą, najistotniejszą rolę badań
przyrodniczych oraz motywacje, jakie tkwią w postępie naukowego poznania,
niezależnie od tego, czy poszczególni badacze są tego świadomi, czy też nie.
Łatwo zrozumieć, że właśnie zjawisko seksualizmu dostarcza tu wyjątkowo trafnego
przykładu. Tam gdzie chodzi o międzyludzkie stosunki w obrębie tej właśnie
sfery, my wszyscy, każdy z nas, jesteśmy tak mocno zaangażowani emocjonalnie i
stronniczy, że omawiana już poprzednio instynktownie wrodzona nam tendencja do
spoglądania na nasze otoczenie z perspektywy ego-centrycznej tutaj jest
szczególnie silna i bardziej utrudnia racjonalne zachowanie dystansu; jak
wykazuje doświadczenie, dotyczy to również naukowej analizy tej całej dziedziny.
W takiej sytuacji dzieje się też odwrotnie: gdy już raz praca analityczna,
naukowa obiektywizacja została osiągnięta – wrażenie otwarcia się nowego
horyzontu, dotarcia do nowej prawdy, jest tym większe. W tym wypadku polega ono
na odkryciu, że seksualizm jest niejako fantazją przyrody.
Natknęliśmy się już raz na to, że wydaje się, jakoby istniały sytuacje, problemy
i konflikty o strukturze jak gdyby zastrzeżonej dla sfery świadomej,
racjonalnej, a tymczasem struktura ta jednak potrafiła ukształtować się w sferze
znacznie bardziej elementarnej, a przede wszystkim na poziomie znajdującym się
daleko przed •wszelkim świadomym doświadczeniem. Mówiliśmy więc niedawno o
dylemacie, przed którym przyroda stanęła u początków filogenezy, gdy zmuszona
była pogodzić wymaganie bezwzględnego zachowania tego, co już raz zostało
osiągnięte, ze sprzeczną z tym wymaganiem koniecznością pozostania otwartą dla
możliwości zmian, a zatem dla możliwości dostosowywania się jej stworzeń do
nigdy nie kończących się przemian ich otoczenia. Już tutaj wystąpił więc problem
pogodzenia tradycji i postępu, przy czym padały zupełnie te same przekonywające
argumenty za i przeciw, które od razu przychodzą nam na myśl, gdy mamy do
czynienia z tą parą pojęć w powiązaniu znanym nam z osobistego doświadczenia
życiowego.
Z pełnym uzasadnieniem można tę analogię ciągnąć dalej: dziedziczenie jest
"pamięcią" gatunku. Gdy mnie coś spotka, gdy doświadczyłem czegoś, zatrzymuję to
w swojej pamięci. "Zbierać doświadczenia" nie oznacza wszak nic innego jak
zbierać pewne przeżycia w pamięci. W ten sposób pozostaje we mnie ich ślad, w
ciągu mego życia suma doświadczeń coraz bardziej określa mnie i moje w stosunku
do otoczenia zachowanie, utrwalając je w coraz większej mierze. Stanowi to
istotną część tego, co znamy jako dojrzewanie, następujące stopniowo
"wyrobienie" osobowości 7 biegiem lat życia. Rozwój ten jest nieuchronnie
jednoznaczny z pewnym skostnieniem. Dziecko w granicach swoich predyspozycji
stanowi otwarte pole najróżnorodniejszych możliwości na przyszłość. W ciągu
życia, w miarę przybywania lat, możliwości te jedna za drugą zanikają, życie
bowiem na tym polega, że pod wpływem środowiska i czerpanych z niego doświadczeń
podejmuje się decyzje na rzecz poszczególnych możliwości i przy nich trwa.
Tymczasem to samo dzieje się do dnia dzisiejszego także w odniesieniu do
filogenezy, do historii życia jako całości. W samych początkach, gdy dopiero co
tworzyły się pierwsze drobiny, które miały stać się budulcem wszystkich później
urzeczywistnionych form życia, istniała obfitość przyszłych możliwości, znacznie
przekraczająca siłę naszej wyobraźni. Było całkowicie nie rozstrzygnięte, jakie
organizmy powstaną spośród tych, które mogły być budowane z budulca istniejącego
w ówczesnym środowisku. Liczba ich i różnorakość nie została nigdy w toku
historii Ziemi nawet w najmniejszym stopniu wyczerpana. Także w przyszłości
nigdy już taka sytuacja nie nastąpi. Gdy bowiem po raz pierwszy jedna jedyna z
tych możliwości została urzeczywistniona – przyroda "zdobyła swoje pierwsze
doświadczenie". Każdy szczegół planu budowy, od komórki mięśniowej do włókna
nerwowego, a także każdy detal funkcji, od rozkładu drobiny cukru w celu
uzyskania energii aż do rozdzielenia zjonizowanych atomów metali przy ścianie
komórki dla wytworzenia owego napięcia elektrycznego, którym nerw przekazuje
impuls – wszystko to zostało włączone do "pamięci" gatunku, czyli
"zmagazynowane", jak się dzisiaj chętnie mówi. Ale fakt ten miał za każdym razem
dwojakie następstwo: każdy z tych zmagazynowanych szczegółów od tej chwili
wchodził do trwałego stanu posiadania danego gatunku, a obecność jego
ograniczała w określonej, aczkolwiek drobnej mierze początkowo niemal dowolną
różnorodność dalszych możliwości rozwojowych. Od tej pory żaden z następnych
kroków nie mógł już nastąpić bez uwzględnienia faktu, że powstała konkretna
podstawa, fundament, który musiał stanowić bazę dalszej budowy.
W miarę jak wzrastała liczba żyjących gatunków i w miarę jak udoskonalała się
komplikacja i poziom organizacyjny osobników, a tym samym życie na Ziemi władczo
zakorzeniało się coraz mocniej – kierunek, który rozwój miał przyjąć, z tegoż
powodu był coraz" bardziej rygorystycznie wytyczony. Powstałe na powierzchni
Ziemi życie nabierało coraz wyraźniejszych, bardziej wyspecjalizowanych i
charakterystycznych rysów, chociaż z reguły sobie tego zjawiska nie uświadamiamy
z braku jakichkolwiek możliwości przeprowadzania konkretnych porównań (na
przykład z istotami żyjącymi na innych ciałach niebieskich). Tak jak przy
dojrzewaniu indywidualnej osobowości – a jest to rozwój idący w parze z pewnym
zacieśnieniem, ale i utrwaleniem – podobnie taka tendencja rozwojowa dla gatunku
jest skutkiem tej samej zasady, to jest zasady zachowania, "zatrzymania" tego,
co raz zostało uzyskane.
Tak więc istotnie dziedzictwo jest pamięcią gatunku. To że owo twierdzenie jest
czymś więcej aniżeli błyskotliwą czy też metafizyczną spekulacją – wykazało w
zdumiewający sposób niesłychane odkrycie ostatnich czasów.
Od jakichś dziesięciu lat naukowcy w licznych laboratoriach, przede wszystkim w
Stanach Zjednoczonych, badają możliwość przenoszenia przez wstrzykiwanie z
jednego zwierzęcia na drugie pewnych całkiem elementarnych wyuczonych treści,
jak na przykład prostych osiągnięć tresurowych. Pierwsze pozytywne rezultaty
były naturalnie powszechnie podawane w wątpliwość. Tymczasem jednak można chyba
uznać za udowodnione, że istnieje możliwość cielesnego przeniesienia na inne
zwierzę części wyuczonej umiejętności zwierzęcia wytrenowanego w określonym
działaniu wraź z wyciągiem z jego mózgu.
Wydaje mi się, że najbardziej fascynującą szansą wynikającą z tego rodzaju
eksperymentów jest okazja zbadania "materiału", z jakiego składają się nasze
wspomnienia. Jeżeli bowiem przez wyciąg z mózgu można przenieść specyficzne
doświadczenia, to treść pamięci składającej się na te doświadczenia oczywiście
musi być w jakiś sposób zawarta we wstrzykiwanym roztworze. Najważniejsze, cośmy
dotychczas uzyskali w tym układzie, to odkrycie, że w przypadku pewnej, a
prawdopodobnie jednej z najważniejszych substancji, w której widocznie może być
materialnie magazynowana treść pamięci i z którą można ją także przenosić – w
grę wchodzi drobina o skomplikowanej budowie, którą biolodzy określają skrótem
DNA, ponieważ wymawianie pełnej nazwy "kwas dezoksyrybonukleinowy" zabiera zbyt
wiele czasu. Tymczasem ów DNA dawno już znany jest biologom z badań dotyczących
pozornie innego problemu: DNA jest bowiem substancją, którą przyroda posługuje
się przy magazynowaniu zawartego w genach podłoża dziedzicznego. Wydaje się, że
przyroda i w tym przypadku sięgnęła do raz już znalezionego rozwiązania, gdy w
innej sytuacji ponownie powstał ten sam problem "magazynowania" rzeczy raz
wyuczonych. Używa ona więc DNA nie tylko do magazynowania podłoża dziedzicznego,
lecz także do zachowania śladów wspomnień.
Natomiast mutacje odgrywają rolę jak gdyby swobodnych pomysłów. Jednostka,
poszczególna osobowość, nie kostnieje całkowicie pod ciężarem gromadzących się w
jej pamięci wspomnień i doświadczeń, dopóki zdolna jest do swobodnych pomysłów,
do produkowania myśli, które dlatego można określać jako spontaniczne, że są
właśnie w znacznym stopniu niezależne od powiązań z nastawieniami i tendencjami
ustalonymi przez biografię. Owe spontaniczne pomysły bywają także przypadkowe i
często mniej lub więcej bezsensowne. Wydaje się jednak, że właśnie dlatego
spełniają nadzwyczaj ważną funkcję strzeżenia jednostki od zupełnej
jednotorowości i podsuwania jej wciąż od nowa szansy, punktów wyjściowych
przekierunkowania. Tę samą rolę odgrywają mutacje w ciągu następstwa pokoleń w
obrębie gatunku, który bez tego byłby zagrożony całkowitym skostnieniem pod
wpływem rosnącej mnogości jednoznacznie ustalonych informacji dziedzicznych i
przez to straciłby tak ważną dla życia zdolność dostosowywania się do
długoterminowych zmian warunków środowiska.
Tym samym doszliśmy znowu do ważnej, decydującej wręcz pozycji zajmowanej przez
seksualizm w powiązaniu z tymi wszystkimi czynnikami, które łącznie umożliwiają
i utrzymują w ruchu ewolucję. Teraz wreszcie jesteśmy zdolni zrozumieć, czym
uzasadniona jest wyższość płciowej formy rozmnażania w stosunku do wszystkich
innych możliwych i przez przyrodę urzeczywistnionych form rozrodu. Wyszliśmy
przecież od tak często powtarzanego i pozornie tak celnego zarzutu, że właśnie
nie ukierunkowana przypadkowość mutacji musi ze statystyczną koniecznością
prowadzić do silnej przewagi szkodliwych, ujemnych, a nawet śmiertelnych "skoków
dziedzicznych", że gatunek takim mechanizmem może tylko być zagrożony, a w
żadnym razie nie może zeń czerpać korzyści czy też szansy dalszego rozwoju.
Analogia pomiędzy swobodnym pomysłem jednostki a poszczególną mutacją ułatwia
nam zrozumienie, jak został rozwiązany ten paradoks natury. Zasada rozmnażania
płciowego stwarza w dosyć dużym zakresie możliwość sprawdzenia powstałych raz
mutacji pod względem ich przydatności, zanim znajdą praktyczne zastosowanie. W
tym sensie więc seksualizm odgrywa w układzie ewolucji tę samą rolę co fantazja
w świadomości indywidualnej jednostki.
Przecież w żadnym razie nie realizujemy nawet w przybliżeniu każdego pomysłu,
który spontanicznie wpada nam na myśl. Nie musimy wcale trudzić psychoanalityka
z jego wysublimowaną wiedzą, aby odsunąć od siebie ogromną ilość pomysłów
całkowicie nie do przyjęcia nie tylko dla naszego sumienia, ale i rozumu; a
pomimo to wypełniają nas one stale pod progiem naszej świadomości. Właściwie to
nawet, przeciwnie, jest tak, że możliwość pomyślenia sobie w zasadzie
wszystkiego bez konieczności wprowadzania tego zaraz w czyn pozwoliła na to, aby
gatunek nasz, homo sapiens, stał się panem tej Ziemi. Zwierzęciu, dostosowanemu
do środowiska przez wrodzone doświadczenie swego instynktu, w "sprzecznych z
regułą" sytuacjach, dla których repertuar jego instynktów nie zawiera żadnych,
niejako prefabrykowanych, pasujących reakcji – nie pozostaje nic innego jak
tylko nader ryzykowna metoda, określona jako "uczenie się na próbach i błędach".
W tym wypadku każdy pojawiający się impuls musi rzeczywiście być wypróbowany w
zaczątku, a dopiero następujące potem doświadczenie informuje o wartości bądź
bezwartościowości każdej poszczególnej próby; według statystycznego
prawdopodobieństwa zawsze będzie przeważała możliwość, że doświadczenie będzie
bolesne, a nierzadko trzeba się liczyć i z tym, że zwierzę reagujące według tej
metody niczego już nie nauczy się ze swego pierwszego doświadczenia, ono już
bowiem będzie dlań śmiertelne.
W zestawieniu z tym wyższość człowieka polega na jego zdolności antycypowania
możliwych reakcji i wynikających z nich konsekwencji w swojej fantazji, a
ponadto jak gdyby przegrywania ich sobie, bez przymusu natychmiastowego
wprowadzania w czyn. Owa zdolność do tworzenia "wewnętrznego wzorca świata
zewnętrznego", w którym można, niby w nieobowiązującej grze modelowej wypróbować
wszystkie dające się wymyślić sytuacje i próby rozwiązań bez narażania się na
żadne niebezpieczeństwo – zdolność owa pozwala nam na dokonywanie wyboru spośród
rozmaitych możliwości oferowanych przez określone sytuacje przy jednoczesnej
ocenie istniejących w każdym wypadku szans – zanim realnie w ogóle naprawdę
cokolwiek się dzieje. Oczywiście dotyczy to nie tylko sytuacji konkretnych, lecz
także rozwoju nowej teorii naukowej czy też powstania dzieła sztuki.
Fakt, że oparta na tej zdolności wyższość naszego gatunku nie jest absolutna, że
właśnie obecnie człowiek zdaje się przywoływać takie sytuacje środowiskowe, jak
eksplozja demograficzna czy też stałe niebezpieczeństwo nowoczesnych środków
zagłady, do których może nie dorasta, gdyż fantazja jego nie potrafi naszkicować
sobie owych możliwości w formie tylko potencjalnej, aby się czegoś z tego
nauczyć – ten fakt tutaj nie należy do rzeczy i nie zmienia samej zasady.
Badania nad prawami ewolucji wykazały niedawno, że zjawisko fantazji ludzkiej
nie jest pierwszym przypadkiem, w którym przyroda wykorzystała zasadę gier
modelowych do sprawdzenia przydatności nowych struktur i funkcji, zanim zostaną
poddane próbie realnego świata. Co w przypadku poszczególnego indywiduum czyni
fantazja, to w toku ewolucji umożliwia zasada rozrodu płciowego. Gdy chodzi o
jednokomórkowce rozmnażające się przez podział, każda nowo występująca "nie
ukierunkowana" mutacja, bezwarunkowo uderza w nie z całą srogością. Ponieważ
większość tego rodzaju skoków dziedzicznych jest rzeczywiście negatywna, zatem
znikomy odsetek żyjących istot takich gatunków ma szansę przeżycia mutacji, a
cóż dopiero wyciągnięcia z niej jakichkolwiek korzyści. Nieprawdopodobnie
szybkie następstwo pokoleń u większości tych gatunków (około trzech generacji na
godzinę u pewnych bakterii!) oraz wynikający z tego potencjał rozrodczy
niekorzyść tę kosztem poszczególnych osobników wyrównują gatunkowi w nadmiarze.
Jednakże gatunek musi pogodzić się z ujemnymi stronami nadzwyczaj powolnego
tempa rozwoju, stanowiącego nieunikniony skutek – rzeczywiście – adaptywności w
dużym stopniu tutaj kierowanej przypadkiem.
Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w odniesieniu do wszystkich istot
żywych rozmnażających się płciowo. Fakt, że należą do nich bez wyjątku wszystkie
zwierzęta wyższe, większość roślin, a nawet i niektóre jednokomórkowce, dowodzi
z góry, że ta metoda rozmnażania się musi być związana z jakąś decydującą
korzyścią. Korzyść owa wreszcie polega na tym, że wszystkie te istoty żyjące
mają do dyspozycji w swoich komórkach podwójny ("diploidalny") zespół
chromosomów. Każdy poszczególny chromosom, w którym poszczególne geny są
uszeregowane, występuje u nich podwójnie. Oznacza to, że przypadkowa mutacja
zachodząca w jakimś genie zrazu w ogóle nie ma żadnego skutku, jest bowiem jak
gdyby "przesłonięta" nie zmienionym genem chromosomu bliźniaczego. A jest to
tylko jedna, aczkolwiek sama w sobie już bardzo istotna korzyść, której
towarzyszą jeszcze dalsze, nie mniej decydujące.
Przy rozmnażaniu się przez podział nowe osobniki za każdym razem powstają z
połowy komórki macierzystej, natomiast przy rozrodzie seksualnym – z kombinacji
dwóch "półkomórek", pochodzących od dwóch osobników tego samego gatunku. W tym
celu w narządach płciowych obojga rodziców przygotowane zostają komórki, tak
zwane komórki rozrodcze, które mają tylko jeden pojedynczy zespół chromosomów,
po to aby później, przy połączeniu się komórek rozrodczych pochodzących od
obojga rodziców w nowe indywiduum, znowu występował normalny "diploidalny"
zespół chromosomów. Ta przejściowa "haploidalność" w komórkach rozrodczych, w
których pojawiają się wszystkie chromosomy, ale wszystkie tylko pojedynczo,
stanowi dalszą barierę bezpieczeństwa, w którą przyroda wyposażyła wszystkie
rozmnażające się seksualnie gatunki, aby uchronić je przed niebezpieczeństwem
wywołanym ujemnymi mutacjami. W tym przejściowym haploidalnym stadium bowiem, to
znaczy w ciągu życia poszczególnej komórki rozrodczej, odpada naturalnie także
wyrównawcze oddziaływanie chromosomu bliźniaczego, które zwykle każdemu nowo
pojawiającemu się zmutowanemu genowi odbiera możliwość oddziaływania na
organizm, w którym powstał. Tutaj, w komórce rozrodczej natomiast każda nowa
mutacja może rozwijać się bez przeszkód.
Odpowiada to pierwszej próbie jakości, która odbywa się bez żadnego ryzyka dla
dotkniętego mutacją osobnika czy też jego potomstwa. Zagadnienie polega bowiem
po prostu na tym, czy nowopowstały gen włączy się do przemiany materii komórki
rozrodczej zawierającej mutację, czy będzie zgodny ze skomplikowanymi procesami
życia owej komórki. Całkowicie "bezsensowne" i wyłącznie szkodliwe mutacje,
które niewątpliwie bardzo są liczne, skoro są po prostu skutkiem "błędów" przy
podwojeniu istniejących genów, eliminowane są już na tym etapie metodą możliwie
najprostszą, a przy tym i najskuteczniejszą, jaką sobie można wyobrazić: komórka
rozrodcza "goszcząca" nową mutację, obumiera. Jedyną rzeczą ponoszącą szkodę
jest ta jedna komórka. Wskutek tego obumarcia mutacja już zostaje usunięta, przy
czym osobnik, w którym cały ten proces przebiega, w ogóle jej nie zauważa i nie
jest narażony na jakąkolwiek szkodę czy też uszczerbek.
Jest więcej niż prawdopodobne, że według opisanej prostej metody bardzo liczne
mutacje w każdym z nas bywają nieustannie "załatwiane" i wycofywane ze
współzawodnictwa zwanego ewolucją. Są to mutacje nie spełniające najbardziej
elementarnego wymagania stawianego każdej nowej właściwości dziedzicznej:
koniecznej harmonii ze zdolnością życiową komórki. Mutacja może więc przez tę
barierę przejść tylko wtedy, gdy czyni zadość temu podstawowemu warunkowi. Jest
to oczywiście jeszcze zawsze warunek bardzo skromny, wymaganie minimalne. Na
pewno nadal znaczna większość powstałych przez mutację nowych genów zdolnych do
pokonania owej zapory byłaby szkodliwa lub co najmniej niekorzystna dla
osobnika, który przejąłby nową cechę podyktowaną mu przez ten gen, bez względu
na powiązanie ze wszystkimi innymi cechami, które już posiada jako swoje
tradycyjne dziedziczne dobro.
Ciągle jeszcze odpowiedzieliśmy tylko w połowie na zarzut stawiany nam przez
naszego krytyka. Co się dzieje z nowymi genami, które wprawdzie – spełniając
najprymitywniejszy warunek podstawowy – są zgodne ze zdolnością życiową
poszczególnej komórki, ale oddziaływałyby niekorzystnie albo nawet szkodliwie na
układ tych wszystkich cech, które dopiero łącznie tworzą organizm wyższego
rzędu?
Odpowiedź sformułowana naukowo brzmi: są one magazynowane w recesywnej puli
genów danego gatunku i są w ciągu następstwa pokoleń kombinowane w coraz to nowy
sposób i w nieustającej wymianie z innymi nowo występującymi mutacjami. , Chodzi
tu o rzecz następującą: każda komórka rozrodcza gatunku rozmnażającego się
płciowo stać się może zarodkiem nowego osobnika tylko przez to, że połączy się z
komórką rozrodczą pochodzącą od innego rodziciela. Ponieważ ta komórka pochodzi
jednak z tego samego gatunku, zawiera dokładnie taki sam zespół chromosomów. Od
chwili więc połączenia się obu komórek panuje znowu "diploidalność", każdy gen
występuje dwukrotnie. Możliwość tego, by pozostała przy życiu komórka rozrodcza
z jednym zmutowanym genem, łącząc się przy zapłodnieniu z drugą komórką
rozrodczą, natrafiła na taką, która dokładnie w tym samym miejscu, w tym samym
genie wykazuje również zmutowanie – jest wręcz astronomicznie nieprawdopodobna.
Nawet prosta bakteria ma co najmniej 10000 rozmaitych genów, u istoty żyjącej
wyższej liczba ta dochodzi do milionów. Nie zdarza się więc praktycznie w ogóle,
aby dwa jednakowe mutanty spotkały się przy zapłodnieniu.
Sytuacją stanowiącą tu wyjątek byłby konsekwentny chów wsobny. Im mniejszy jest
krąg, w jakim następuje dobór partnera do płciowego rozmnażania, im mniejsza
więc jest liczba genów, z jakich składa się pula genowa, w której wciąż od nowa
kombinowane są zawiązki dziedziczne, tym większe są naturalnie widoki na to, że
prędzej czy później w następstwie pokoleń kiedyś rzeczywiście spotkać się mogą
dwie komórki rozrodcze wykazujące ten sam zmutowany gen. W takim wypadku
istotnie dany osobnik będzie bez żadnej ochrony trafiony pełną siłą – zwykle
mniej lub bardziej niekorzystną – zmutowanego przypadkowo zawiązku. W świetle
tego jest bardzo charakterystyczne, że nie tylko ludzie, ale także większość
zwierząt wyższych wykształciła już bardzo wcześnie różne tabu i sposoby
zachowania wykluczające albo co najmniej bardzo utrudniające seksualny dobór
partnera wewnątrz ścisłej własnej grupy.
Nowa mutacja na zewnątrz bywa z reguły całkowicie bezskuteczna, "recesywna", jak
powiada biolog, ponieważ jest tłumiona oddziaływaniem nie naruszonego genu
chromosomu bliźniaczego. Pamiętamy to wszyscy jeszcze z nauki biologii i była
już o tym przed chwilą mowa. Tutaj pragniemy do tego dodać, że w ten sposób
powstawać mogą stale nowe i inne mutacje w obrębie tego samego gatunku;
recesywnie, a więc jak gdyby niewidocznie magazynowane, w każdym nowym pokoleniu
mogą być ze sobą kombinowane w coraz to inny sposób.
Jeszcze przed niewielu laty w tym miejscu wielce stosowne byłoby pytanie, na
czym właściwie miałaby polegać korzyść tej metody, skoro mutacja tylko wtedy
może przysłużyć się dalszemu rozwojowi gatunku, gdy staje się skuteczna, to
znaczy, gdy dyktowane przez nią zmiany cech osobnika prezentowane są w
środowisku do selekcji. Ale w takim razie, tak powiadałby dalej krytyk, nic w
gruncie rzeczy nie zyskano, a jedynie nieco opóźniona została konfrontacja ze
środowiskiem może nawet w swoich konsekwencjach śmiertelnej mutacji. Od niedawna
wiemy, że tak nie jest. Brzmi to zdumiewająco i doprawdy jest podziwu godne: już
w "recesywnej puli genowej", to jest w toku przebiegu zmiennej kombinacji
recesywnych mutacji, takiej, jaka dokonuje się od nowa z pokolenia na pokolenie,
w grę wchodzą selekcjonujące mechanizmy, dokonujące doboru pod względem jakości
i celowości. Tutaj staje się uchwytna analogia, o jakiej mówiliśmy. Selekcja nie
rozgrywa się w tym wypadku w realnym otoczeniu, lecz w mikroskopijnym zasięgu
jądra komórki, niewidocznie na zewnątrz i bez wszelkich konsekwencji. Jak w
modelu z piasku odbywają się tu "gry" w przymiarki i odrzucania, planowania od
nowa i sprawdzania – zanim w ogóle rozpocznie się próba jakości w warunkach
realnych.
Rozwiązaniem zagadki, jak od kilku lat wiadomo, są geny służące w jądrze komórki
specjalnie kontroli i regulowaniu zgodności pomiędzy nową mutacją a pozostałymi
już istniejącymi genami, tak zwane "geny-regulatory", jak je obrazowo nazwano;
ich rola to nic innego jak wywołanie i nadzorowanie owej próbnej preselekcji w
jądrze komórki. Dla gatunku owa zasada ma tę samą ogromną korzyść co fantazja
dla jednostki, stwarza bowiem możliwość wyszukania spośród nowych kombinacji
genów bez pociągania za sobą realnych konsekwencji tych, które zdają się
najlepiej wzajemnie zharmonizowane, a więc prawdopodobnie najlepiej nadają się
do otwarcia przed określonym gatunkiem nowych możliwości dostosowania się do
realiów otoczenia.
Istnieją także "geny-reparatory", które mają zdolność zanulowania powstałych
mutacji po upływie pewnego czasu, to znaczy, wprowadzenia zmutowanego genu
ponownie w stan poprzedni; dzieje się to prawdopodobnie według wzorca nie
naruszonego jeszcze genu na chromosomie bliźniaczym. Inne geny-regulatory
kontrolują mutacje spotykające się w podłożu dziedzicznym nowego osobnika pod
względem ich wzajemnego "dopasowania" albo sprawdzają, czy wspólne ich
występowanie nie doprowadziłoby do sprzecznych ze sobą właściwości.
W większości przypadków nie wiemy dzisiaj jeszcze w ogóle, na czym polega
działanie genów-regulatorów, według jakich zasad dokonują one "doboru" i w jaki
sposób spełniają swoją funkcję. Całe odkrycie jest jeszcze na to zbyt świeże, a
co najważniejsze, wszystkie owe procesy rozgrywające się w mikroskopijnym
świecie jądra komórkowego są na to zanadto zawikłane i skomplikowane.
Niewątpliwym faktem jest, że w jądrach komórek wszystkich istot żyjących, jakie
rozporządzają diploidalnym, podwójnym zespołem chromosomów, również znajduje się
coś w rodzaju "wewnętrznego modelu świata zewnętrznego" i że w nim niewidocznie
przegrywana jest uprzednio część procesu selekcji; wygląda to na fantastyczną
wręcz możliwość udoskonalenia szans ewolucji, która z opisanych przez nas
przyczyn ma do dyspozycji wyłącznie gatunek rozmnażający się w drodze
seksualnej.
Jak ogromne musi być biologiczne znaczenie tej możliwości dla sprawy ewolucji,
wynika z pewnej zdumiewającej liczby, która w sposób zasadniczy zmienia
wyobrażenie, jakie o roli genów wytworzyliśmy sobie na podstawie wiedzy nabytej
w szkole. Genetycy oceniają obecnie, że tylko około 5 procent wszystkich genów
komórki stanowią "geny strukturalne", pełniące jedyne znane do tej pory zadanie
ustalania cech danego osobnika, zarówno cech charakterystycznych dla gatunku,
jak indywidualnych. Wszystkie inne geny są prawdopodobnie genami-regulatorami, a
więc z jakichś miliona genów zwierzęcia wyższego jest ich nie mniej jak 950 000!
Tak widziane jądro komórki jest dla ewolucji układem modelowym, a seksualizm jej
fantazją. Materiałem zaś, którym bawi się fantazja filogenezy, są mutacje. Są
one jak gdyby kolorowymi kamyczkami (każdy oddzielnie bezsensownie, w dowolnie i
przypadkowo wynikłej przemianie zabarwiony na różne kolory), z których daje się
złożyć skomplikowany wzór żyjącej istoty. Nie każdy kamyczek dostosowany jest do
każdego miejsca i w każdym dowolnie dobranym czasie, wiele z nich jest nawet
całkowicie nieprzydatnych. Nie może ich także być zbyt dużo, nie wolno oferować
ich w dowolnie wielkiej liczbie i za szybko po sobie, gdyż mogłoby przez to
nastąpić zakłócenie, a może nawet zagubienie już istniejącego porządku. Ale
jakakolwiek zmiana, szukanie i znajdowanie nowych i coraz lepszych, i bardziej
skomplikowanych form życia możliwe są tylko wówczas, gdy fantazja budowniczego,
"ewolucja", każdej chwili rozporządza dostateczną liczbą rozmaitych kamyków o
różnorakich barwach, spośród których może dokonywać wyboru.
W obrąbie granic określonych tymi powiązaniami tempo ewolucji zależy od liczby
"kamyczków", od liczby mutacji. Gdy jest ich za mało – proces dalszego rozwoju
ulega zahamowaniu. Dany gatunek może wprawdzie nadal przetrwać, ale tylko
dopóty, dopóki nie zmienią się warunki środowiska, do którego się dostosował w
okresie, gdy ewolucja udzielała mu niezbędnej do tego "plastyczności". Co prawda
gatunek tym bardziej jest "udany", im dokładniej i im bardziej specyficznie
potrafił dostosować się do zupełnie ściśle określonej scenerii środowiska. Ale
też z tym większą pewnością nadejść musi zagłada – to znaczy niebezpieczeństwo
wymarcia – jeśli tylko cokolwiek zaczyna się w tej scenerii przeobrażać. Im
dokładniejsze było przystosowanie, a co za tym idzie, im bardziej władcza jest
rola, którą dany gatunek może odgrywać na powierzchni Ziemi, tym prędzej nawet
pozornie bardzo nieznaczne zmiany otoczenia muszą doprowadzać do tego, że nagle
przystosowanie już "nie pasuje": mogą to być długoterminowe zmiany klimatu,
zmiany wegetacji, a więc i zasobów pożywienia, pojawienie się nowych konkurentów
pokarmowych i wszelkie inne przekształcenia, jakie sobie tylko można wyobrazić.
Gatunek, który staje wobec takich zmian swego środowiska bez możliwości
odpowiedzenia na nie zmianą swojego genetycznego przystosowania, jest zgubiony,
"wymiera". Wiele za tym przemawia, że obraz ten jest stosunkowo trafnym opisem,
na przykład losu jaszczurów, jednej z najbardziej udanych grup zwierząt wśród
wszystkich na tej Ziemi.
Ale nie tylko za mało, ale i za wiele mutacji nie daje szczęścia. To trafia do
przekonania nie tylko teoretycznie – nadmierna podaż nowości niszczy już
osiągnięty porządek – ale wiemy to już wszyscy dzisiaj zupełnie konkretnie na
podstawie wyników doświadczeń, w których badano oddziaływanie twardych promieni
na podłoże dziedziczne. Na przykład promienie rentgenowskie bądź inne zmieniają
molekularną strukturę genów i w ten sposób wytwarzają mnóstwo nowych mutacji.
Gdy działanie promieni jest dostatecznie intensywne, liczba tych zmian może tak
bardzo wzrosnąć, że opisane mechanizmy ochrony i doboru w jądrze komórki już nie
potrafią panować nad nimi. Coraz większa liczba coraz bardziej niekorzystnych
mutacji zaczyna "manifestować się", to znaczy objawiać się zewnętrznie w postaci
potworków, upośledzeń organicznych, zakłóceń przemiany materii i innych
anomalii, wskutek których gatunek dotknięty taką katastrofą wreszcie musi ulec
zagładzie. Wszystko przemawia za tym, że to mogłoby przydarzyć się tej części
ludzkości, która przeżyłaby wojnę atomową, gdyby kiedyś do niej miało dojść;
wojna taka zatrułaby bowiem atmosferę promieniotwórczymi izotopami na okres
całych stuleci.
W środku, pomiędzy tymi dwoma krańcami, rozpościera się możliwość ewolucji:
adaptacyjnych zmian żywych organizmów bez zagrożenia całościowej struktury
porządku, na który życie jest zdane. W obrębie tych granic przebiega dalszy
rozwój, historia życia w stale zmieniającym się tempie. Pojedyncze kroki
ewolucji następują po sobie powoli, wtedy gdy podaż mutacji jest niewielka.
Łatwo zrozumieć, dlaczego inaczej być nie może: w takim przypadku budowniczy
musi przecież dłużej poczekać, aż pośród skąpo wytwarzanych nowych "kamyczków"
pojawi się właśnie ten jedyny, ściśle określony, którego mu jako kamienia
kluczowego brakuje do wykończenia nowego wzoru. I odwrotnie, tempo ewolucji
wzrasta, gdy tylko podaż staje się obfitsza, a tym samym rosną szansę, że
brakujący jeszcze do danej struktury czy funkcji kamyk będzie pod ręką już w
chwili zapotrzebowania, oczywiście tylko dopóty, dopóki liczba mutacji nie
przekroczy wymienionej górnej granicy, poza. którą podaż nowości staje się tak
wielka, że cały porządek się załamuje.